14.02 20130

Pochwała żebractwa

W czasach, gdy szerzy się wyzwolony egoizm i arogancja gorzej sytuowanych osób, chwalenie żebractwa może być niebezpieczne, ale cóż… Mamy stać w prawdzie.

Nie mówię o żebractwie w czasach współczesnych, o Cyganach (nie będę poprawny politycznie, Cyganie czy Romowie, co za różnica?), czy innych naciągaczach leżących pod kościołem. Chodzi mi o istotę żebractwa jako sposobu utrzymania lub tymczasowej pomocy dla prawdziwie poszkodowanych przez los.

Problem polega na tym, że dziś -parafrazując słowa piosenki – prawdziwych żebraków już nie ma. I nie chodzi o to, że nie ma osób chorych, cierpiących i biednych. Ale chodzi o istotę pomocy społecznej. W szaleństwie wymuszonych przemocą świadczeń społecznych zapominamy, że pomoc bliźniemu przez konfiskatę mienia innym pociąga kilka skutków:

– osoba obrabowana (podatnik) nie czuje się już zobowiązana do pomocy innym na własną rękę, wszak już pieniądze dała,    choć pod przymusem;

– jeśli daje kilka złotych, to dla uciszenia sumienia, w ciemno – ewentualnie jakiejś organizacji, bez sprawdzenia na co idą pieniądze;

– osoba poszkodowana staje się coraz bardziej wykluczona z życia społecznego, gdyż wykształca się w niej postawa nabytej bezradności, a nierzadko zostaje wyzwolony egoizm, ujawniający się w postawie roszczeniowej;

– wymuszona pomoc nie daje szansy okazania wdzięczności dającemu;

– zaciera się różnica między poszkodowaniem a uprzywilejowaniem.

Zmienia się nawet sposób mówienia o pomocy. Nie trzeba już być nikomu wdzięcznym, teraz pomoc się należy, bo przecież państwo ma pieniądze. Nikt nie zwraca uwagi na to, w jaki sposób państwo, które powinno pilnować, by obywatele nie okradali się, samo okrada jednych w imieniu innych, których w danej chwili uzna za poszkodowanych (albo uprzywilejowanych).

Dlaczego więc żebractwo nie może być zwykłą metodą zdobywania środków w sytuacjach krytycznych? Bo wiąże się z wolnością dawania. Z wdzięcznością dla ofiarodawcy. Z niezależnością decyzji. I co najważniejsze – to właściciel pieniędzy jest jednocześnie decydentem komu, ile i na co dać. Nie wszechpotężny urzędnik państwowy. Nie przedstawiciel władzy, ale właśnie ten znienawidzony bogacz. Nieważne, czy swoją zamożność zawdzięcza pracy, pomysłowości czy szczęściu. Ale nie może rywalizować z socjalistycznym państwem o chwałę niesienia pomocy ubogim. Nie wolno mu, bo jakby śmiał?

Najgorsze zaś, że takim bogaczem mógłby się poczuć każdy, kto się chce podzielić. Każdy, kto ma więcej. A niosąc „pomoc społeczną” państwo zadba, żeby się nikt ważny nie poczuł. Co najwyżej winny, że jeszcze nie sfinansuje dodatkowych przedsięwzięć państwowych, na których realizację państwo nie ma już (jeszcze?) odwagi wyciągnąć ręki do kieszeni własnych obywateli.

No i pamiętajmy, że taki niosący pomoc urzędnik musi sam przecież „godnie” zarobić. Nie może przecież cierpieć niedostatku, państwo nie może na to pozwolić. Po to są przecież tabele płac minimalnych, dodatki za staż, za pracę w nadgodzinach… a do rozdawania potrzeba dużo rąk!

Co jednak najpiękniejsze, to państwo „rozdające” dużo pieniędzy, może samo dużo pieniędzy konfiskować. I to nie tylko z podatków dochodowych, jak PIT czy ZUS, ale z każdego dostępnego źródła. Przecież liczy się pomoc dla potrzebujących, sprawiedliwość społeczna, humanitaryzm, postęp, współczucie… i wszystkie inne etatystyczne slogany.

P.S.

Zanika też więź między ofiarodawcą a obdarowanym, ale to zupełnie inny temat wymagający większego opracowania…

Skomentuj

Jeśli spodobał Ci się mój wpis, zostaw swój komentarz. Chętnie poznam Twoje zdanie!

Dodaj komentarz



Warsaw

02:40